Swobodny upadek jak w koszmarze

Parafrazując tytuł jednej z książek Leifa GW Perssona – szwedzkiego mistrza kryminału – pochylam się nad tematem, który wymaga pewnych większych rozkmin. Ich właśnie się obawiałem od kiedy zacząłem obserwować poczynania Ewy Swobody. Dokładniej od momentu, kiedy w 2015 roku w Eskilstunie wywalczyła juniorskie mistrzostwo Europy. Wówczas Swoboda była na językach wszystkich kibiców lekkiej atletyki i upatrywano w niej przyszłej królowej sprintu. Były przecież ku temu przesłanki – Swoboda dominowała w juniorach zarówno na tartanie jak i w hali. Biła rekordy i zdobywała rzesze fanów nie tylko bieganiem, ale także swoim usposobieniem i słownym show, które robiła przed kamerami. Wtedy młodej i zdolnej zawodniczce można było wiele przebaczyć i podobnie jak ona śmiać się z jej wywiadów. Były wyniki, więc i była przychylność kibiców. Dzisiaj jest z tym nieco gorzej. Swoboda przed kamerami już nie bawi, ale irytuje i znikąd nie może oczekiwać zrozumienia i to z bardzo prozaicznego powodu – braku wyników. Ot, łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Podobnie jak Swoboda, która powoli zaczyna z niego spadać.  

(fot. Agnieszka Krawczyk)

Kto choć raz porozmawiał z Ewą, ten wie, że trudno w Polsce o sportowca, który byłby tak pozytywnie nastawiony. To wiecznie uśmiechnięta i urocza dziewczyna, która jako jedna z najzdolniejszych polskich lekkoatletek bez problemu potrafi zjednać sobie fanów jak i przychylność dziennikarzy, rozbrajając ich każdym jednym wywiadem. Problem w tym, że ostatnio nie wiadomo, czy to jeszcze lekkoatletka, czy już typowy – niestety coraz bardziej pogubiony – lekkoduch. Ostatnie sezony dla Swobody nie są udane, co, jak podejrzewają media oaz fani, jest efektem pozasportowego życia biegaczki. Wiele osób zarzuca jej niesportowy tryb życia, żywnie się junk foodem rodem z McDonalda i nadmierne rozproszenie swojej uwagi rzeczami, które ze sportem wiele wspólnego nie mają. Krótko mówiąc – nie można oprzeć się wrażeniu, że wyczynowe bieganie nie jest priorytetem. O ile niemal każdorazowe łzy Swobody po nieudanym starcie pozwalały jeszcze myśleć, że wcale tak nie jest, to teraz sprinterka nie dała kibicom żadnych złudzeń, informując, że rozważa zakończenie kariery po sezonie letnim i ma już sprecyzowane plany na przyszłość. Skąd taka decyzja? No cóż… w końcu trenuje już dziesięć lat, więc to najwyższa pora przejść na emeryturę. Nie ma sensu dywagować, czy zasłużoną.

Zabolało. Jak cholera. I to po raz drugi. Po raz pierwszy takie ukłucie w serce kibice odczuli, kiedy poirytowana Ewka stwierdziła, że jej odżywianie i tryb życia nie jest sprawą żadnych innych ludzi poza nią i ma prawo jeść sobie fast foody, a w ogóle jej forma, to też nie nasza sprawa. I tu się pomyliła bardziej niż Dariusz Mioduski zatrudniając Deana Klafuricia w Legii. Bo jeśli ktoś, reprezentując Polskę i biegnąc z orzełkiem w koronie na piersi, myśli, że jego przygotowanie do startów jest tylko i wyłącznie jego sprawą, to tym samym pokazuje, że nie dojrzał jeszcze do reprezentowania swojego kraju i długa droga przed nim i wiele okrążeni na bieżni, by sobie na to zasłużyć. Tatuaże to nie oznaka sportowej dorosłości, a uważam, że wręcz kiczowaty trend. Wszyscy byśmy chcieli widzieć ją obwieszoną medalami, a wydziaraną od stóp do głowy, bo nie jest tajemnicą, że takie ambicje Swoboda przejawia.

(fot. wikipedia)

Zatem ostatnio Swoboda dostarczała nam więcej przykrości niż radości, co brało się nie tyle z jej startów, ale podejścia do nich. Nie da się oprzeć wrażeniu, że dziś mamy do czynienia raczej z odejściem. I tutaj rodzi się stosowne pytanie: cholera, dlaczego? Dlaczego 21-letnia zdolna dziewczyna chce zrezygnować z biegania, którym mogłaby rodakom dać tak dużo radości? Dlaczego zaczyna nam przepadać kolejny talent? Wreszcie, czemu nikt Swobody nie weźmie w ryzy, nie wstrząśnie nią i nie poukłada w głowie, jak należy? Bo niewątpliwie właśnie w głowie trzeba doszukiwać się przyczyn różnych porażek, które żorska biegaczka ponosi w swoich startach.

W momencie, kiedy czytacie ten akapit, to piszę ten tekst już jakoś blisko godzinę, co mi się raczej nie zdarza. Nie zdarza mi się też pisać w takim delikatnym stylu jak ten felieton. Tak sobie jednak myślę, że chyba sytuacja wymaga niezbyt ostrego pióra, a to ze względu na swoją delikatność. Bo mamy do czynienia ze spadającą gwiazdą polskiej królowej sportu, która jeszcze na firmamencie nam na dobre nie zajaśniała, a już powoli zaczyna gasnąć. Co więcej, wydaje się, że brakuje również motywacji, by jeszcze nieraz zachwycić widzów, o czym świadczy chociażby ostatni wywiad Swobody. Przykra to sprawa patrzeć, jak na naszych oczach umierają powoli nasze nadzieje na kolejne złote dziecko polskiej lekkiej atletyki. Jeszcze smutniejsze jest to, że mamy tu chyba do czynienia ze swoistą autodestrukcją ze strony Swobody. Tryb życia i wyniki, które jakby stoją od paru lat w miejscu, to jedno. Nieprzemyślane wypowiedzi to jednak inna sprawa. I to taka, w której kibice są niezwykle pamiętliwi i potrafią dopiec. Już teraz na Swobodę wylała się w sieci fala hejtu, a to może być dopiero początek. Niestety, dziewczyna sama jest sobie winna. Nawarzyła piwa, to trzeba je wypić. Istnieją jednak obawy, że nalała sobie do zbyt dużego kufla, który może być nie do przepicia. Presja i niezadowolenie ze strony fanów w połączeniu z jej emocjonalnością i nie najlepszą odpornością psychiczną mogą dać efekt katastrofalny. A to ostatnie, czego byśmy wszyscy sobie życzyli. Ewa jest po prostu za fajna i nadal piekielnie zdolna. Ryba jednak psuje się od głowy. Ciężko o lepsze zobrazowanie tego przysłowia.

Jakub Strzelka 

1 comment

  1. Bartek - Odpowiedz

    Żenujący post osoby, która najwidoczniej nigdy nie miała styczności z królową sportu. Autor przed napisaniem takiego „pseudo” felietonu powinien zaczerpnąć trochę wiedzy od osób związanych z tym sportem. Jeżeli większość tekstów tego autora jest podobnych to lepiej unikać ich jak ognia. Nie polecam i nie pozdrawiam.

Leave Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress