Dlaczego biegamy w lewo?

Każdy ma fioła na jakimś punkcie. Jedni są uzależnieni od papierosów, inni zbierają znaczki a kolejni muszą codziennie zaaplikować sobie godzinkę na siłowni. No i spoko. Ja natomiast lubię rozumieć sport. Dlaczego? Bo nie można się fascynować czymś, czego się nie kuma.

Szybka ocena

„Matematyka nigdy mi się nie przyda.” „Futbol amerykański jest bez sensu.” „Po co komu religia?” – uwielbiam ludzi, którzy w prosty i nie skażony minutą refleksji sposób podejmują stanowcze osądy. Bardzo często dotyczą one trudnych i skomplikowanych zagadnień. Tematów, które naukowcy potrafią bezskutecznie rozszyfrowywać latami. Ale akurat tego dnia ktoś na przysłowiowej polskiej wsi stwierdzi, że skoków narciarskich nie warto oglądać, bo i tak każdy ląduje w tę samą dziurę. I wiecie co? Ma on świętą rację.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

Przykład skoków narciarskich pasuje tutaj jak ulał. Jest to bowiem dyscyplina, której podstawowe zasady wielu Polaków rozumie, więc jesteśmy ekspertami. Ot, wystarczy zjechać z belki, odbić się do góry, nie ruszać się w locie i wylądować. Potem już tylko kasa i autografy. I tak 50 gości. Problem w tym, że specyfika dyscypliny od 2001 roku i wybuchu Małyszomani nieco się zmieniła. I uczciwie przyznaję, że chociaż skoki od zawsze były dla mnie bardzo atrakcyjne, to w ostatnich latach ich urok trochę upadł. Ma to związek z debilnymi próbami okiełznania natury przez wzory matematyczne. Chodzi oczywiście o funkcjonujący od kilku lat przelicznik za wiatr, ale szerzej o tym problemie rozpiszę się kiedy indziej.

fot. fis-ski

W tym tekście pragnę jednak zaznaczyć, że skoki zazwyczaj nudzą ludzi, którzy nie potrafią szybko przeanalizować sytuacji aktualnie panującej w zawodach. I to absolutnie nie jest ich wina. Powodów jest wiele. Jednym z nich jest nieznajomość obowiązującego i skomplikowanego algorytmu. W największym uproszczeniu można powiedzieć, że chodzi np. o to ile punktów przyznawanych jest za metr odległości na konkretnej skoczni, a ile odejmowanych za sprzyjający wiatr. O rozważaniach dotyczących faktycznej roli wiatru, przeliczniku za wysokość najazdu itp. w tym miejscu nie warto nawet wspominać. To już wyższy poziom wtajemniczenia.

Mało kibiców

Wszystkie obowiązujące w danej dyscyplinie detale regulaminowe składają się na ostateczne zrozumienie widowiska sportowego. A jeżeli tego jest za dużo, i ktoś ma wątpliwości dotyczące końcowych rezultatów, to w naturalny sposób nie może być zafascynowany tym co obserwuje. No bo jak ekscytować się czymś, co przynajmniej z subiektywnego punktu widzenia nie wynika z niczego? Trudne zadanie. Ale odczepmy się od skoków. Motosport. W środowisku (chyba głównie naszym krajowym ale tego nie jestem pewien) bardzo często narzeka się, że kiedyś to było tak i siak. W domyśle – dużo lepiej. Na trasy przychodzili kibice, a teraz jest ich jak na lekarstwo. No i dlaczego?

fot. worldrallyblog.com

Odpowiedź jest prosta. Internet. Kiedyś żeby zobaczyć pojedynek Kuzaja, Kuliga i Hołowczyca trzeba było ruszyć cztery litery z domu. Dziś? Nawet lepiej zostać, bo więcej się zobaczy. Technologia posunęła się tak daleko, że nawet ochroniarz zwany fachowo sejfciarzem, mógłby włączyć na smartfonie transmisję na żywo i dzielić się kibicami swoimi wrażeniami. A i tak musi stać przy trasie, więc wszyscy by zyskali. Trzeba też zrozumieć aspekty ekonomiczne i biznesowe organizatorów imprezy, ale płacenie np. 30 złotych za jednorazowe wejście w okolice odcinka specjalnego to w tej sytuacji dziwny wydatek. Z całą pewnością nie podnosi on frekwencji. Ale biznes jest biznes.

To jednak nie jedyny powód, dla którego przy trasach jest mało kibiców. Dotykamy bowiem bardzo złożonego problemu, o czym wspominałem na początku tekstu. Nie łatwo go rozpracować, ale można próbować merytorycznie punktować. Mój kolejny wyprowadzony sierpowy jest taki, że motosport dla przeciętnych ludzi jest niezrozumiały i dlatego nieciekawy. Przykład? Podział na klasy.

Patrząc z fachowego punktu widzenia takie rozróżnienie po prostu musi funkcjonować. Żeby były równe szanse. Każda specyfikacja samochodu jest przecież inna. Krótko mówiąc – Peugeot 206 nie wygra z bolidem F1 na torze wyścigowym. Skrajne porównanie, ale czytelne. Tylko że przeciętnego widza mało to obchodzi. Dla niego kierowca albo zapier… albo nie. To, że wygrywa on w klasie Open 2WD+ albo D4+3500 nie robi na przeciętnym kibicu żadnego wrażenia. Tym bardziej jeżeli w bezpośrednim zestawieniu kilka minut wcześniej widział pojazd pokonujący z prędkością większą o 30 km/h ciasny zakręt.

fot. economist.com

Do meritum

Po co ten mocno przydługawy wstęp? Po nic. Po prostu musiałem ulać trochę przemyśleń, a według mnie po to jest felieton, żeby dzielić się wrażeniami. Teraz przynajmniej już wiecie, że interesuję się skokami narciarskimi i bywam na rajdach samochodowych. Ale co z tym tytułowym bieganiem w lewą stronę? To kolejny temat do rozważań. Dla jednych o niczym, dla drugich wątek gotowy na porządną pracę magisterską. No więc krótko – dlaczego lekkoatleci, żużlowcy a nawet konie wyścigowe pokonują pętlę w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara?

Nie mam zielonego pojęcia. I chociaż na podstawie wcześniejszych teorii powinno mnie odrzucać od tych dyscyplin (bo przecież czegoś nie rozumiem) to jest to dla mnie fakt tak oczywisty, że aż zaakceptowany. Obecny bowiem od zawsze. Jednak ciekawość jest ogromna. Założę się, że wy także nie wiecie dlaczego biega się akurat w prawo (patrząc z trybun). Ja się jednak nad tym często zastanawiam (mam nadzieję, że wy macie lepsze rzeczy do roboty), a żeby było śmieszniej to nawet szukam odpowiedzi w różnych źródłach.

fot. sjhstallions.com

A skoro już straciłem trochę czasu na rozwikłanie zagadki dziejów, to chętnie przybliżę wam to co odkryłem. Lateralizacja prawostronna. Z biomechanicznego punktu widzenia bieg w lewą stronę jest bardziej naturalny. Silniejsza zazwyczaj prawa strona ciała powoduje, że ruch zaczynamy i mocniej akcentujemy właśnie z prawej nogi. W wyniku takiego stanu rzeczy naturalnie mamy napęd w stronę lewą. Dla ciekawskich odkopałem rozszerzenie tematu …

fot. sofizjo.pl

No ale przecież o tym nie wiedzieli tysiące lat temu w starożytnej Grecji. Czas więc na teorię historyczną potwierdzoną jednak biomechaniką i logiką.

fot. www.sfd.pl

Do głosu dochodzą także wyznawcy poglądów regionalnych. Ich zdaniem kierunek głównie biegu lekkoatletycznego ma związek z kolebką tego sportu, czyli Wielką Brytanią. Tam wszystko jest lewe, w lewo także biegali. Później w naturalny sposób tradycja ta rozprzestrzeniła się na pozostałe kraje. Miłośnicy geografii dorzucają teorię według której chodzi głównie o odczuwalny komfort sportowców. Ze względu na ruch obrotowy Ziemi oraz co ważne – efekt Coriolisa ludziom przyjemniej biega się w lewo. Co ciekawe udowodniono naukowo, że osoby które nie mają żadnego punktu odniesienia podążając do przodu zataczają nieświadomie krąg … w lewą stronę.

fot. ministeriogrupodeoracao.com

Tak właśnie lubię spędzać czas. I chociaż oczywiście nikt nie jest w stanie wyjaśnić powyższej zagadki, to fascynujące jest to, że ludzie podejmują próby jej rozwikłania. Przecież nikomu nic to nie zmieni. A jednak walczą. I chyba to jest najlepszym przykładem pojęcia pasji. Bo jak mówił profesor Bartoszewski – „W życiu nie wszystko co warto, to się opłaca, ale także nie wszystko co się opłaca, jest czegoś warte.” I tak też jest ze sportem. Tym w najczystszej postaci. Rozumiecie?

Szymon Wantulok

1 comment

  1. Pingback: Sport sportowi nie równy

Leave Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress