Mundialowy kac

Skończył się weekend i skończyła się nasza przygoda na mundialu. W poniedziałkowy poranek, Polacy, na czele z piłkarzami i trenerem, obudzili się z potężnym bólem głowy.

Przed mistrzostwami nie byliśmy zdecydowanymi faworytami tej grupy, ale też nie musieliśmy mierzyć się z żadną czołową drużyną świata. Porażka była wkalkulowana, bo Senegal, Kolumbia i nawet Japonia pokazały, że potrafią grać w piłkę. Jednak styl jaki zaprezentowali nasi piłkarze w dwóch meczach mundialu, przyprawia o ból głowy.

Praktycznie żaden element piłkarskiego rzemiosła nie funkcjonował prawidłowo. Mentalnie, fizycznie, taktycznie, nie istnieliśmy. Taka postawa bardzo zdziwiła, bo przecież na poprzednim turnieju, Euro 2016, w większości grali ci sami piłkarze, był ten sam trener, przygotowania były bardzo podobne i w tych samych miejscach. Teraz jednak coś się w tej drużynie wypaliło, skończyło i trzeba zastanowić się nad przyszłością tej drużyny i jej selekcjonera.

Należy oddać cesarzowi co cesarskie. Francuskie Euro było może nie świetne, ale bardzo dobre w naszym wykonaniu. Co prawda do ćwierćfinału awansowaliśmy trochę szczęśliwie, bo po karnych, ale jak wiadomo, szczęściu też trzeba pomóc. Wtedy kadrę mieliśmy bardzo wąską, bo w turnieju wystąpiło 14 zawodników. Teraz pole manewru było szersze, poziom bardziej wyrównany, ale to nie znaczy, że lepszy. Raczej czołowi piłkarze, jak Piszczek czy Błaszczykowski obniżyli poziom, niż Bereszyński czy Kownacki nagle wystrzelili z formą. Wiadomo też, że wypadł Kamil Glik. Brak tego zawodnika spowodował, że nasi defensywni zawodnicy byli zagubieni, jak dzieci we mgle. Biegali wszędzie, tylko nie tam gdzie powinni, a jeśli już wyprowadzali piłkę, to albo do najbliżej stojącego kolegi, albo do Wojciecha Szczęsnego. Zero kreacji. Nie potrafiliśmy szybko przetransportować piłki z obrony do ataku. Jeśli już to się udawało, to było bardzo wolne i czytelne. Bojaźń w grze była widoczna dla przeciwników, którzy to wykorzystywali. Stawali wysoko pressingiem, naciskali naszych obrońców, a ci ze strachu byli w stanie podawać tylko do siebie nawzajem, albo do bramkarza. Tak wyglądał nasz atak pozycyjny, a na kontry nie mogliśmy liczyć, bo tym razem skrzydłowi, a w drugim meczu wahadłowi, kompletnie nie istnieli, a to przecież na nich opierała na nich opierała się nasza gra. Oni mieli szybko dostarczać piłkę Robertowi Lewandowskiemu. Ten był w tym turnieju bezsilny, choć kilka razy urwał się obrońcom rywali, ale zabrakło siły na dobre wykończenie. Tą siłę, „Lewy” tracił na przepychanki z dwoma, a czasem nawet trzema, kryjącymi go, obrońcami. Zabrakło piłkarza, który w takim przypadku wziąłby ciężar odpowiedzialności na swoje barki. Na Euro takim kimś był Błaszczykowski. Tym razem brakowało lidera, który pociągnąłby drużynę w trudnych momentach i efekty widzieliśmy.

Skoro, według selekcjonera, baza i przygotowania były świetne, stan fizyczny piłkarzy był cały czas monitorowany i też dobrze wyglądał, to dlaczego znowu przeżyliśmy deja vu z Korei i Niemiec. W tym drugim turnieju przynajmniej do końca się broniliśmy, bo gospodarze pozbawili nas nadziei, dopiero w ostatniej akcji meczu. Teraz styl gry pozostawiał wiele do życzenia. Niestety po tym turnieju, powrócił synonim polskiego piłkarza, nieudacznika. Tak jak Adam Nawałka odbudował naszą kadrę, tak teraz zostawia ją w podobnym stanie, kiedy sam ją obejmował. 4 lata pracy, to bardzo dużo czasu. Mamy przykład Zinedine Zidane’a, który zrezygnował po trzech sezonach. To samo zrobił wcześniej w Barcelonie i Bayernie Monachium, Pep Guardiola. 3 lata to czas kiedy trener może osiągnąć apogeum z daną drużyną i potem następuje wypalenie. To samo chyba dotknęło naszej reprezentacji i teraz potrzebny jest nowy impuls.

Michał Przybycień

Leave Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress