Gdzie ta kibicowska miłość?

Coraz częstszym obrazkiem w Polsce jest widok zadymionych stadionów piłkarskich i w konsekwencji piłkarzy schodzących z murawy, bo grę uniemożliwili im… ich kibice. Zapewne lepsze byłoby określenie: kibole lub pseudokibice, a najlepiej bezmózgi. Problem w tym, że często chuligani nie wstydzą się okazywać swojego przywiązania do klubu, nosząc jego barwy. A to już pozwala władzom nakładać stosowne kary na konkretne drużyny, bo wiadomo, że kibol w barwach Lecha raczej z Legią nie sympatyzuje.

(fot. facebook)

Piję oczywiście do wczorajszych wydarzeń, które miały miejsce w Poznaniu przy Bułgarskiej. Niezorientowanym tłumaczę: Lech grał z Legią i oczywiście przegrał (jak to ostatnio ma w zwyczaju), co spotęgowało wcześniejsze rozwścieczenie fanów Kolejorza, którzy postanowili przeszkodzić w dokończeniu meczu. Zaczęło się od odpalenia świec dymnych. Następnie na polu karnym Arka Malarza lądowały przeróżne przedmioty i sędzia musiał zarządzić przerwę w meczu. Skoro już piłkarze zeszli z murawy, to zrobiło się miejsce, by rzucić na nią świece dymne! Świetny pomysł! Na koniec piłkarze szybko uciekli do tunelu prowadzącego do szatni, bo pseudokibice wtargnęli na boisko. Moje pytanie brzmi: po co to było?

Wszystko można zrozumieć. Wiadomo, że od jakiegoś czasu w Poznaniu nastroje panują minorowe, bo Lech z pretendenta do tytułu stał się frajerem roku i w krótkim czasie stracił wszelkie szanse na zdobycie mistrzostwa Polski. W międzyczasie z klubu odszedł Nenad Bjelica, który będąca jeszcze trenerem Kolejorza, witał się już z innym pracodawcą, porównując w wywiadach pracę w Poznaniu do Dinama Zagrzeb. Nie dziwota, że to jeszcze bardziej wkurzyło kibiców. Tutaj rodzi się pytanie: jak ten problem rozwiązać? Ano, rozwiązanie jest proste – dialogiem pomiędzy klubem a kibicami. Dialogiem, który powinien być oczywisty, bo de facto to właśnie oni utrzymują każdy klub. Dialog jednak nie ma teraz żadnego sensu. Race zostały rzucone, że sparafrazuję Juliusza Cezara. Lech nie dostał od swoich kibiców możliwości dogadania się, bo ci postanowili – nie wiem, czy w ramach protestu – nałożyć nań dość znaczącego kary za ich skandaliczne zachowanie. Ci, którzy powinni, odpowiedzialności nie poniosą. Zrobą to za nich poznański klub oraz zwykli kibice, którzy zabrali na mecz swoje pociechy, by pokazać im piłkę na najwyższym krajowym poziomie. Czy zrobią to jeszcze raz? Wątpliwa sprawa. Ja bym się chyba już nie odważył.

Abstrahując już od sprawy Lecha, zadam pytanie: gdzie jest ta miłość do klubów, którą wszyscy ultrasi, chuligani i inni, którzy wnoszą race na stadiony, deklarują? Gdzie to oddanie, przywiązanie, które jest wypisane na bluzach? Przecież dobrze wiadomo, że wniesienie i odpalenie rac skutkuje tym, że PZPN nie puści sprawy płazem i nałoży – ukochanemu przecież klubowi – słoną karę. I tak jest w całej Polsce, na każdym poziomie rozgrywek. I w całej Polsce takie akcje jak ta z Poznania zdarzają się nagminnie. Gdzie jest miłość tych „kibiców”? Ciężko jest ją dostrzec. Dobrze za to widać głupotę i egoizm, które to potem – niesłusznie – rzutują na całe środowisko kibicowskie.

Wczorajszy skandal jest już drugim takim w krótkim czasie. Przecież jeszcze niedawno Polskę zbulwersowała sprawa finału Pucharu Polski pomiędzy Arką Gdynia a Legią Warszawa, kiedy to kibole rzucając różnego rodzaju przedmiotami uszkodzili siedzenia na Stadionie Narodowym, telebim, murawę, itd., itp. Pominę już fakt, że odpalenie kilkuset rac sprawiło, że sędzia na długi czas musiał przerwać spotkanie – i to dwukrotnie! – by dym uleciał i było cokolwiek widać. Podobny incydent miał miejsce rok temu podczas finału PP pomiędzy tymi samymi drużynami. Od tego czasu władze polskiej piłki chyba niewiele się nauczyły. Ile jeszcze potrzeba chuligańskich wybryków, by w końcu PZPN nauczył się interweniować i słusznie eliminować ze środowiska piłkarskiego sprawców różnych – nazwijmy to po imieniu – stadionowych przestępstw? Trzeba jednak przyznać jedno: paradoksalnie trudno jest wskazać PRAWDZIWEGO sprawcę, kiedy ten jest odziany od góry do dołu w klubowe barwy sugerujące z miejsca, jaki organ wpuścił delikwenta na trybuny. I tenże organ poniesie odpowiedzialność. Pytanie tylko, czy na tym właśnie polega dozgonna miłość wyznawana na każdym meczu byle zespołowi?

Kiedy skrytykowałem na Instagramie zadymę podczas finału Pucharu Polski, od znajomego kibica miejscowej drużyny dostałem wiadomość, że mój wywód jest żałosny. Sądzę, że ten, który właśnie kończę, przepełnia żal i to naprawdę głęboki. Bo doprawdy, sami sobie laurkę wystawiamy będąc rozstawiani przez chuliganów w kominiarkach i z racami w dłoniach. Przydałby się nam ktoś pokroju Margaret Thatcher, który rozgoniłby hołotę. Niewątpliwie trzeba to zrobić i to jak najszybciej. Bo jak tak dalej pójdzie, to kary nakładane na kluby spowodują, że się pożegnamy z piłką na wysokim (czytaj: europejskim) poziomie i to na dobre. Nie mówiąc już o imprezach międzynarodowych, które Polska mogłaby spokojnie raz na jakiś czas organizować. Infrastruktura temu sprzyja. Pod warunkiem, że nie jest niszczona przez przygłupów.

Jakub Strzelka

Leave Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress