Gdzie dzisiaj startuję?

W niedzielę – Polska. W poniedziałek – Anglia. Wtorek – Szwecja. Czwartek – być może jeszcze Dania. Do tego w piątek lub sobotę jakiś turniej. Dalibyście radę? Żużlowcy dają i bardzo często poruszają się według powyższego schematu. Część z nich to logistyczni mistrzowie. Czy musi tak być? Czy żużlowiec nie może startować tylko w jednej lidze?

Zobaczyłem dziś pewne zdjęcie w Internecie, przerobione na tzw. mema. Dwóch zawodników leżących na torze, z tej samej drużyny, w kaskach białym i żółtym. Obróceni do siebie, jeden jakby coś mówił, drugi łapie się za głowę. W chmurkach dopisane wypowiedzi. Jeden mówi coś w stylu: „chłopie, co Ty wyrabiasz, dlaczego mnie kopiesz, przecież jeździmy w jednej drużynie”. Na co ten drugi, chwytając się za głowę, odpowiada: „ kurde… zapomniałem, że dzisiaj jeździmy w polskiej lidze”.

Powyższa historyjka przedstawiona na przerobionym zdjęciu jest zrozumiała tak naprawdę tylko dla sympatyków speedwaya. Autorce/autorowi mema dziękuję, bo to głównie on był inspiracją do napisania tekstu. Oczywiście ilustracja była przerobiona i dopasowana pod odpowiedni kontekst. Niejednokrotnie zdarza się bowiem, że na torze leży dwóch żużlowców tej samej drużyny. Tutaj jednak poruszamy problem przynależności klubowych konkretnych żużlowców, którzy, jak wiadomo, mogą jeździć w wielu ligach w różnych krajach. Przyznam wam się, od zawsze miałem z tym problem i dalej mnie ten fakt lekko irytuje.

Żużlem zaraziłem się jako dzieciak. Od samego początku też była miłość do jednego klubu i speedway początkowo kojarzył mi się tylko z konkretnym zespołem. Kiedy dowiedziałem się, że ci sami żużlowcy, którzy dzisiaj zakładają plastron z herbem ukochanego klubu, na drugi dzień pojadą w zupełnie innym stroju, serce zostało mocno podzielone. Pytałem, jak to, dlaczego? Przecież w piłce, którą też bardzo lubię, piłkarz ma jedną przynależność. I nawet, jeśli odchodzi po roku, to jednak przez ten konkretny sezon gra w jednych barwach. Nie mogłem się z tym pogodzić, ale z czasem nabrałem dystansu. Zaczynałem rozumieć, że speedway to przecież sport przede wszystkim indywidualny i kompletnie różny niż futbol czy jakiekolwiek inne sporty zespołowe.

Tak, to prawda – Najbardziej elektryzują nas rozgrywki ligowe, właśnie ze względu na nasze kluby, którym kibicujemy. Ale w speedwayu są jednostki, zawodnicy, którzy zarabiają w różnych krajach, mają własne teamy, busy, którymi dojeżdżają na zawody. Nikt ich nie podwozi autokarem wraz z pozostałymi kolegami z drużyny. Dany klub i drużyna są tylko na kontrakcie, a także w konkretnym dniu, przez kilka godzin meczu. To trochę tak, jakbym pracował na 1/4 etatu w czterech różnych firmach. Do żadnej bym się dostatecznie nie przyzwyczaił, choć wiadomo, pewnie najbardziej doceniłbym tą, w której najlepiej płacą. Później, w moim przypadku, doszedłby sentyment, więc szanowałbym też tę, w której jestem najdłużej.

Dobra, sentymentalnie i ciepło trochę się robi (taka moja reakcja na zimną pogodę), a prawda jest taka, że żużlowiec musi jeździć w kilku ligach. A przynajmniej jest to wskazane, jeśli na tym sporcie chce zarabiać i ciągle się rozwijać. A jeśli już ktoś startuje tylko w jednym kraju, to nie dlatego, że tak bardzo kocha jedne barwy klubowe (tę historię należy od razu odrzucić), ale po prostu jest za słaby, ewentualnie jest to prywatna decyzja. Są żużlowcy, jak np. Janusz Kołodziej, którzy świadomie wybierają tylko ligę polską i indywidualne turnieje. Nie dlatego, że są słabi. Z jakichś powodów im to wystarcza, bo np. mają też oddzielne obowiązki. Na powyższym przykładzie jest to własna szkółka adeptów żużla.

Z pewnymi faktami trzeba się pogodzić. Żużel po prostu taki jest i raczej zawsze będzie. To rysa dla kibiców, którzy mocniej chcieliby się utożsamiać z zawodnikami. Mam dla was złą wiadomość – oni są po prostu zwykłymi pracownikami. Pewnie znajdzie się kilka perełek, gdzie jeszcze możemy mówić o jakimś przywiązaniu. Wielu zawodników w Polsce przez lata nie zmieniło klubów, np. Adrian Miedziński, który dopiero rok temu przeszedł do Włókniarza z Torunia, gdzie jeździł od roku 2001. Ale to już trochę inny temat, bo dotyczy przywiązania do konkretnego klubu w naszym kraju. Żeby nie było, ten sam Miedziński był jednym z rekordzistów, jeśli chodzi o występy w ligach zagranicznych. W jednym sezonie bodajże jeździł w aż czterech krajach.

Czy jest powód do jakiejś walki i zmian? Na pewno sentymenty nie są ku temu argumentem. Ograniczenia ligowe być może powinny być, ale na przykład dlatego, by zawodnik był bardziej wypoczęty, skoncentrowany, a więc bezpieczny dla innych i samego siebie. Jeśli żużlowcy jeżdżący w Polsce, nagle mieliby zrezygnować z każdego innego kraju, tamtejsze ligi po prostu by upadły. Nie walczmy, nie ma z czym. Sentymenty trzeba odsunąć na bok. Speedway to nie piłka nożna. Myśleć można ewentualnie o pewnych limitach. Na pewno nie zakazach. A że mnie to wkurza? Jakaś rysa na miłości do speedwaya być musi.

Amadeusz Bielatowicz

Leave Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress