Bello di notte – rzymska noc jest piękna

Rację miał Bill Shankly mówiąc, że piłka nożna to coś więcej niż sprawa życia i śmierci. Podobna refleksja towarzyszy mi za każdym razem, kiedy widzę na boisku dobry mecz. Bez wątpienia taki był pierwszy półfinał Ligi Mistrzów. We wtorkowy wieczór na Anfield Road mieliśmy wszystko, co w futbolu najpiękniejsze. Walkę, przejęcie inicjatywy, dominację oraz zryw dający nadzieję na rzeczy wielkie, które od lat nie były udziałem AS Romy.

(fot. facebook)

Sądzę, że pierwsze spotkanie półfinałowego dwumeczu Ligi Mistrzów pomiędzy Liverpoolem a AS Romą zapamiętam na bardzo długo. To właśnie podczas takich spotkań często miewam refleksję dotyczące futbolu. Zazwyczaj refleksja jest jedna i ta sama: jakże piękną grą jest piłka. Towarzyszyła mi ona, gdy Leicester pisało historię sensacyjnie wygrywając Premier Leauge. Wykrzykiwałem to jak potłuczony, kiedy rodzima Legia przy pustych trybunach remisowała z Realem Madryt. Miewałem tę myśl za każdym razem, kiedy skazany na pożarcie Dawid, pokonywał po heroicznym boju Goliata. Tym razem towarzyszyła mi jednak inna refleksja – futbol to gra dająca nadzieję.

I nie można tu mówić o nadziei na lepsze jutro (chyba, że jest się zaślepionym hazardzistą). Mówię tu o nadziei na wspaniałe emocje, które piłkę nożną od początku jej istnienia określały i określają nadal. To one sprawiają, że kibice na całym świecie potrafią się połączyć i wspólnie wybijać się ponad wszelkiego rodzaju podziały. To z kolei nadzieja sama w sobie – że jest coś, co potrafi ludzi łączyć. Wszystko jednak zaczyna się od widowiska, na które nadzieję chyba mamy wszyscy.

Wszystko zaczęło się dwa tygodnie temu od wspaniałego zwycięstwa Romy nad potężną Barceloną. Wspaniała victoria zespołu Eusebio di Francesco wzbudziła nadzieje fanów piłki na całym świecie, że po raz pierwszy od kilku lat Liga Mistrzów może mieć nieco inny finisz. Sztampa z pewnie triumfującym Realem Madryt już się nieco znudziła. Ludzie chcą czegoś więcej. Zaskoczenia, porywającego dreszczowca, w którym nic nie jest rozstrzygnięte aż do samego końca i w efekcie – niespodzianki. Roma pokonując dream team Ernesto Valverde rozbudziła nadzieję, że taki scenariusz jest możliwy, czego efektem jest to, że oczy całego piłkarskiego świata są zwrócone na Rzym. Może po porażce na Anfield jeszcze bardziej.

Bo i owszem. Trzeba przyznać, że baty na angielskiej ziemi rzymianie dostali niesamowite i rany będą lizać pewnie do rewanżu. Nie ma co tutaj dużo gadać – Firmino, Mane i Salah to obecnie jakaś kosmiczna liga i poziom trwale niedostępny dla wielu piłkarzy. Tym bardziej dla nienawykłych do gry na takim poziomie graczy AS Romy. Jednak to właśnie ci, krzywdzeni niemiłosiernie przez chłopców z Liverpoolu, zawodnicy wzbudzili nasze współczucie swoją bezradnością i tym, że to może być koniec ich europejskiej przygody. Dokładnie ci sami gracze porwali nas w ostatnich minutach swoją grą, spychając do obrony niemalże cały zespół Jurgena Kloppa. Skutek tej nagłej zmiany narracji był natychmiastowy – dwie bramki dla rzymian i powrót nadziei na rzeczy wielkie. Pamiętamy przecież, co się działo na Stadio Olimpico przed dwoma tygodniami. Trzy bramki wsadzone bez litości światowym matadorom i awans do półfinału. Trzy bramki. Dokładnie tyle samo brakuje Romie teraz, by znaleźć się na ostatniej prostej do spełnienia marzeń.

Nie będę więcej już o tym pisał. Zakończę krótko. Bello di notte – mawiają włosi. Noc jest piękna. A zwłaszcza rzymska noc. Słów na wiatr nie rzucam, bo byłem w Wiecznym Mieście i wiem. Noc piękna jak futbol, który już tyle razy nas zadziwił. Jestem pewien, że jeszcze nie pokazał nam wszystkiego.

Jakub Strzelka

 

Leave Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress