Złoty Bartosz Zmarzlik. Mistrz Świata znów jest z Polski

Miniony weekend zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiego sportu żużlowego. Bartosz Zmarzlik został Indywidualnym Mistrzem Świata. Choć w speedwayu jesteśmy od lat jedną z najlepszych nacji, to dopiero trzeci taki tytuł w historii, a trzeba tu zaznaczyć, że mistrza świata wyłania się od roku 1936. To wtedy po raz pierwszy w finale jednodniowym złoto wywalczył Australijczyk Lionel Van Praag. Teraz jest zupełnie nowy, nasz mistrz świata.

W ubiegłym tygodniu pisałem o Van Praagu, nieco zapowiadając sobotnią rundę Grand Prix w Toruniu. Z wielką nadzieją spoglądałem na ten dzień i życzyłem Bartkowi Zmarzlikowi, by poszedł śladami wielkich mistrzów. Van Praag otworzył korowód ponad 80 lat temu, Bartek na ten moment go zamyka. Po drodze mieliśmy dwóch innych, polskich czempionów. Marzenia się spełniły.

Powtórzę się, ale trzeba. W 1973 roku w Chorzowie, tytuł świętował Jerzy Szczakiel. W sezonie 2010 smak złota poczuł Tomasz Gollob. Nasz wielki mistrz bardzo długo czekał na najwyższe indywidualne laury, bo w momencie ich zdobywania miał 39 lat. Wcześniej rywale byli za mocni, albo przegrywał z kontuzjami i poważnymi upadkami. Spełniło się jednak. Jak możemy wyczytać w niektórych wypowiedziach wielkiego mistrza, powiedział kiedyś bardzo młodemu Zmarzlikowi: Ty też przeżyjesz te chwile, ale zrobię wszystko, by stało się to znacznie szybciej.

Tomasz Gollob nie rzucił słów na wiatr. Najwięcej Bartoszowi Zmarzlikowi pomógł oczywiście wówczas, kiedy jeździł w Stali Gorzów. Wtedy, jeszcze młodzieżowiec, czerpał co najlepsze od swojego idola i mentora. Od wielu lat Zmarzlik podkreśla, jak niebagatelną rolę odegrał w jego karierze Gollob. Do dzisiaj są w stałym kontakcie, a jak przyznał świeżo upieczony mistrz, kilkadziesiąt minut przez telefon rozmawiali także w miniony piątek. Oczywiście Tomka Golloba nie mogło zabraknąć na Motoarenie podczas finałowej rundy Grand Prix. Był i wzruszał się, jak te kilkanaście tysięcy kibiców zgromadzonych na stadionie. Mistrz z roku 2010 dotrzymał słowa. Bartosz czekał na mistrzostwo znacznie krócej. Zdobył je wieku 24 lat. Przypomnę też tylko, że w poprzednich latach wywalczył w Grand Prix srebro i brąz. Geniusz speedwaya? Bezapelacyjnie.

Oczywiście sukces Zmarzlika to zasługa wspaniałego teamu, jego ojca, brata czy w końcu mamy i narzeczonej, które towarzyszą mu na większości zawodów. Młody mistrz wymieniał wiele osób, bez których sukces ten nie byłby możliwy. Nie sposób ich tu wymienić. Wiemy natomiast, że poukładany rodzinny team, to od lat wielka oaza komfortu i spokoju w otoczeniu Zmarzlika. To dzięki takim czynnikom, on sam może skupić się już wyłącznie na tym, by w odpowiednim momencie zablokować presję, myślenie, nerwy.

11 rund tegorocznego cyklu. Trzy z nich wygrał mistrz. Tyle samo padło łupem Leona Madsena i jak się okazało, w Toruniu to Duńczyk stanowił największe zagrożenie. Zmarzlikowi nie szło tak, jak sobie zakładał. W przeciwieństwie do Madsena, był wolniejszy i nie wygrywał wszystkich wyścigów. Przegrał tez bezpośrednie starcie z reprezentantem Danii. Ciśnienie rosło, presja szła w górę, serca kibiców biły coraz mocniej. Był mały strach. Choć oczywiście ewentualna porażka nie byłaby tragedią, oczekiwania były duże. Zdecydowanie zbyt duże. Wygrała głowa, tego wciąż przecież młodego człowieka. Nie na darmo gazety i portale rozpisują się, że to człowiek ze Stali. Nie tylko tej gorzowskiej, bo przecież jest tamtejszym wychowankiem i wciąż obecnym zawodnikiem, ale przede wszystkim, Bartek musiał mieć stalowe nerwy. Kiedy stanął do półfinału ze świadomością, że potrzebuje być przynajmniej drugi, by zostać mistrzem świata. Gdyby przyjechał trzeci, już nic nie zależałoby od niego, a wręcz pewne było, że szansa wtedy ucieknie. Stanął pod taśmą, nie kalkulował. Rozdał karty już na pierwszym wirażu i pomknął do mety, choć jak potem przyznał, to były najdłuższe cztery kółka w jego karierze. Zrobił to. Potem były już tylko łzy radości, emocje bliskich i szczęście. Euforia duża do tego stopnia, że w finałowym wyścigu pod taśmą stanął zapłakany. Nie miał szans wygrać tej konkretnej rundy. Ale nie miało to już większego znaczenia. Był mistrzem.

Zmarzlik spełnił swoje największe marzenie. Z pewnością będzie chciał teraz więcej. Nie jest najmłodszym mistrzem w historii, bo o rok wcześniej pierwszy tytuł zdobywał chociażby Tai Woffinden (w sumie ma ich już trzy). Wiecie, kto pierwszy tytuł mistrza świata zdobył, mając 24 lata? Ten, który teraz jest na szczycie tabeli wszech czasów, czyli Tony Rickardsson. Szwed, sześciokrotny złoty medalista, po pierwszy globalny triumf sięgnął w roku 1994, kilka miesięcy przed… urodzeniem się Bartka Zmarzlika. Zdecydowanie jeden z najlepszych w historii tej dyscypliny, a już na pewno najlepszy żużlowiec przełomu wieku. Bartku, idź śladem największych, bo już pokazałeś, jak wiele wspaniałych rzeczy możesz zrobić w światowym speedwayu. Dołączyłeś do tego wspaniałego grona, jesteś wśród 29 nazwisk ze złotem. Małymi krokami, ale patrz na tych na szczycie, Rickardssona, Maugera, Fundina, Nielsena, Briggsa, Hancocka… i tak moglibyśmy jeszcze chwilę.  Tymczasem, świętuj. Czapki z głów.

Amadeusz Bielatowicz

Read Previous

Esport & Gaming Forum – druga edycja największej konferencji na temat cyfrowej rozrywki i sportów elektronicznych

Read Next

Cracovia – Górnik Zabrze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *