Rób swoje. Nie zatrzymuj się!

Tegoroczny sezon żużlowy dobiega końca. Zakończona już została rywalizacja ligowa, a do objechania pozostały tam już tylko mecze barażowe. Zakończył się cykl Speedway European Championship, w którym zwyciężył Mikkel Michelsen. W najbliższą sobotę ostatni turniej cyklu Grand Prix, który wyłoni nowego Mistrza Świata. Nowego, w pełnym tego słowa znaczeniu, bo w grze pozostało trzech żużlowców, którzy złota jeszcze nie mieli. Najbliżej jest Bartosz Zmarzlik. Dlatego właśnie, ten wieczór może być magiczny. Dla 24-latka to naprawdę dobry czas. Nie zatrzymujcie go.

Wszystko rozpoczęło się od triumfu Australijczyka w roku 1936. 28-letni wówczas Lionel van Praag wygrał pierwsze Indywidualne Mistrzostwo Świata na żużlu. To był inny speedway i każdy z nas zapewne widział gdzieś na starych fotografiach, na jakich maszynach startowano przed wojną, a nawet chwilę po niej. Nie przypomina to dzisiejszego sprzętu i obecnej rywalizacji. Finały też były jednodniowe, a nie jak współcześnie, mamy do czynienia z cyklem kilku turniejów. Po co zatem wspominam Van Praaga? Bo to pierwszy mistrz, który otworzył korowód tych najlepszych. Nawet, jeśli któryś z tamtejszych triumfatorów najlepszym był tylko podczas tego jedynego dnia w swoim życiu, czy nie zasługuje na uznanie?

Jednodniowe finały odbywały się aż do 1994 roku. Bezwzględnie najbardziej utytułowanym żużlowcem tamtych czasów, a przede wszystkim lat 60/70 był Nowozelandczyk Ivan Mauger, który w swoim dorobku zdobył sześć złotych medali. Tyle samo, co późniejszy wielki wojownik, Tony Rickardsson. Z tą różnicą, że ten drugi musiał już ścigać się także w całym cyklu Grand Prix, a na swoim koncie ma o jeden więcej medal brązowy. To czyni go na ten moment liderem klasyfikacji wszech czasów. Nic też na razie nie wskazuje, by ktoś mógł mu zagrozić. Najbliżej, z czterema tytułami jest Greg Hancock, ale popularny Amerykanin raczej powoli będzie żegnał się ze speedwayem. Podobnie sytuacja wygląda z Nickim Pedersenem, który już w Grand Prix nie startuje. Potencjalnie największe szanse na ten moment ma Tai Woffinden, Brytyjczyk z trzema złotymi medalami. W tym roku „Tajski” nie zdobędzie jednak krążka. Ten sezon jest dla niego mocno przeciętny.

W sobotę ostatnia runda Grand Prix tego sezonu. Turniej rozegra się na toruńskiej Motoarenie i może być niesamowity dla kibiców, którzy zgromadzą się na tym pięknym stadionie. Liderem przed ostatnią rundą jest Bartosz Zmarzlik. Jego przewaga nad drugim Emilem Sajfutdinowem wynosi siedem punktów, nad Leonem Madsenem dziewięć „oczek”. Oczywiście, nic tu nie jest jeszcze przesądzone. Ta różnica jest dość znacząca jak na jeden turniej, ale pamiętajmy, że to żużel i do objechania jest pięć wyścigów w rundzie zasadniczej i najlepiej potem jeszcze dwa w półfinale i finale. Nie będę tutaj prowadził kalkulacji i matematycznych obliczeń. Wszystko w motocyklu i głowie Bartka Zmarzlika. Czy będziemy mogli świętować trzeci indywidualny tytuł mistrza świata zawodnika z Polski?

W roku 1974 w Chorzowie najlepszym żużlowcem globu został Jerzy Szczakiel. W roku 2010, po bardzo długim oczekiwaniu i niesamowitej walce, upragniony tytuł wszedł w posiadanie naszego wielkiego mistrza speedwaya, Tomasza Golloba. Bartosz Zmarzlik poniekąd stał się jego uczniem. Od lat powtarza, że Tomasz Gollob to jego wielki wzór. To na jego bazie Bartosz wydawał się przez lata czerpać najwięcej. Wychowanek Stali Gorzów to od lat wielki talent z ogromnymi aspiracjami. Pierwszy turniej Grand Prix wygrał jako 19-latek w roku 2014 w Gorzowie, kiedy oczywiście startował tam jeszcze z przechodnią dziką kartą. Łącznie wygrał dotychczas sześć rund, z czego trzy w tym sezonie. Na najwyższym stopniu podium stawał w słoweńskim Krsko, we Wrocławiu, a także duńskim Vojens. Czas postawić kropkę nad „i”. Wierzymy, że to możliwe. Choć nie chcę zapeszać, uważam, że w sobotę możemy być wszyscy bardzo szczęśliwi.

„Jestem jak płonąca gwiazda na niebie, o temperaturze 200 stopni. To dlatego nazywają mnie Mister Fahrenheit. Podróżuję z prędkością światła (…)” – śpiewał przed laty Freddie Mercury w wielkim przeboju zespołu Queen. Bartku, rozgrzej nas do granic w sobotę i fruwaj na motocyklu po Motoarenie. Daj czadu, po prostu rób swoje. I koniecznie, posłuchaj sobie tej piosenki. „Don’t stop me now”. Niech nikt tego wieczoru Cię nie próbuje powstrzymać.

Amadeusz Bielatowicz

Read Previous

198 Derby Krakowa: Wisła Kraków – Cracovia

Read Next

Esport & Gaming Forum – druga edycja największej konferencji na temat cyfrowej rozrywki i sportów elektronicznych

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *