Medal niedosytu

„Nie po taki kolor medalu tu przyjeżdżaliśmy” zgodnie mówią siatkarze reprezentacji Polski siatkarzy świeżo po zakończonych Mistrzostwach Starego Kontynentu. Apetyty i szansa na złoto były największe od kilku lat a ostatecznie stanęliśmy na najniższym stopniu podium.

Po ubiegłorocznym trumfie w Mistrzostwach Świata, wywalczeniu brązowego medalu Ligi Narodów oraz zdobyciu kwalifikacji na przyszłoroczne Igrzyska w Tokio polscy siatkarze jechali na Mistrzostwa Europy przekonani o swojej sile a także z jasnym i konkretnym celem: zostać najlepszą drużyną Europy.  Dawno polscy siatkarze nie mówili tak głośno o wygraniu imprezy a i też byli jednym z dwóch-trzech faworytów do końcowego triumfu.

Wyjątkowa szeroka grupa uczestników tegorocznych Mistrzostw (pierwszy raz w historii ME w turnieju zagrały aż 24 zespoły) obligowała nas do zagrania aż pięciu spotkań w fazie grupowej. I śmiało można powiedzieć, że te spotkania to brutalny dowód na to, że europejska federacja popełniła błąd rozszerzając imprezę. Mistrzowie Świata nie tyle co wygrywali kolejne spotkania co przejeżdżali walcem po kolejnych rywalach. O tych meczach można napisać tyle, że się odbyły i nic poza tym. W meczu 1/8 scenariusz był ten sam co do tej pory. Hiszpanie choć bardzo ambitnie nie byli w stanie nawet zbliżyć się do polskich siatkarzy. Prawdziwy test miał przyjść w ćwierćfinale naprzeciw Niemcom. Aktualni wicemistrzowie Europy od lat należą do europejskiej czołówki i choć nie należą do potentatów to mają w składzie solidnych graczy będących w stanie sprawić niespodziankę. Do niespodzianki na szczęście nie doszło a sami Niemcy ugrali w meczu zaledwie 58 oczek. Pomimo awansu do fazy medalowej w dalszym ciągu nie do końca wiedzieliśmy o sile naszej drużyny. Dotychczasowe spotkania kończone w trzech partiach nie wymuszały na naszych reprezentantach wybitnej gry a i sami rywale nie czynili za wiele aby z nami wygrać. Prawdziwy sprawdzian i mecz dużego kalibru mieliśmy rozegrać o finał przeciwko Rosjanom. A tu…niespodzianka. W półfinale zamiast Sbornej napotykamy na Słowenię. Tę przeklętą Słowenię, która już dwa razy pod rząd wyrzucała nas z Mistrzostw Europy (w 2015 roku przegrana w ćwierćfinale i dwa lata później w barażu o ćwierćfinał). Doskonała okazja do rewanżu i odegraniu się.

Szok i niedowierzanie. Tak najkrócej można opisać to co stało się na parkiecie w Ljubljanie. Nasi siatkarze w niczym nie przypominali mistrzów świata a na boisku wyglądali momentami jak sparaliżowani. Cały zespół zagrał zdecydowanie poniżej swoich możliwości czego efektem była porażka 1:3. Przegrana tym bardziej bolesna iż po fatalnej naszej grze. I niczego nie odbierając Słoweńcom, ale to bardziej my przegraliśmy z samymi sobie niż oni wygrali z nami. Grając źle o dziwo byliśmy bardzo blisko wygranej. Niestety Słoweńcy po raz kolejny przekreślili nasze marzenia, tym razem o złocie.

W „małym finale” spotkały się drużyny, które według zapowiedzi miały się ze sobą rywalizować…ale dzień później. W meczu o złoto. Polska-Francja. Dla drużyny, której celem był złoty krążek a o takim myśleli i Polacy i Francuzi ten mecz nie należał do łatwych. Przede wszystkim z psychologicznego punktu widzenia. Na nasze jednak szczęście Polacy okazali się górą w tym spotkaniu 3:0 i mogli zawiesić na swoich szyjach medale. Może nie takie jak oczekiwali, ale jak powiedział kapitan Michał Kubiak „medal to zawsze medal”.

Chociaż teraz ten brąz traktujemy trochę „medal gorszej jakości” to z pewnością za kilka lat go docenimy. Musimy pamiętać, że w ostatnimi czasy Mistrzostwa Europy wybitnie „nie leżały” naszej reprezentacji a ostatni medal zdobyliśmy w 2011 roku. Notabene brązowy. Wierzmy również w to iż ten brąz a bardziej półfinał ze Słowenią będzie nauką na przyszłość, z której Vital Heynen i jego drużyna wyciągną odpowiednie wnioski.

Wojciech Głowacki

Read Previous

PKO Ekstraklasa: Wisła Kraków – Cracovia

Read Next

198 Derby Krakowa: Wisła Kraków – Cracovia

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *