Czy z Wisły zostało cokolwiek poza marką?

Październik 1997 – Wisła Kraków tonie w długach. Klub z trudem wiąże koniec z końcem. Piłkarze z niecierpliwością wyczekują wypłat, które – jeśli już się pojawią – na kolana nie powalają. Kres temu kładzie Bogusław Cupiał wraz z wspólnikami. Odkupuje z rąk Towarzystwa Sportowego 100-akcji, zrywa z zawodnikami dotychczasowe umowy i zawiera je ponownie na dużo lepszych warunkach. Nowy właściciel otwarcie mówi, że nie interesuje go utrzymanie w lidze, a jej wygranie. W pierwszym sezonie Cupiała Wisła z 12. miejsca wdrapuje się na ostatnie miejsce podium. Za słowami idą czyny.

12 grudnia 2002 – Budowany za wielkie pieniądze projekt pod nazwą „Wisła Kraków” trwa w najlepsze z niemałymi sukcesami. Biała Gwiazda zwycięża niemieckie Schalke na obcym terenie aż 4:1 w ramach rozgrywek Pucharu UEFA. Awans do 1/8 staje się faktem. W ćwierćfinale Lazio okaże się zbyt mocne do pokonania. Krakowianie żegnają się mimo wszystko z europejskimi pucharami z głową dumnie podniesioną.

23 sierpnia 2011 – Siódme podejście Wisły Kraków do Ligi Mistrzów, siódme nieudane. Do awansu brakuje ledwie trzech minut, gdy w 87.minucie rewanżowego meczu z APOEL-em Nikozja Ailton podwyższa prowadzenie Cypryjczyków na 3:1. Liczba ‚7’ w przypadku Wisły Kraków nie symbolizuje dobrobytu i szczęścia. Symbolizuje za to koniec złotej epoki Białej Gwiazdy.

Styczeń 2019 – Wisła Kraków ponownie stoi na skraju bankructwa. Klubem nie steruje już Cupiał – zadłużona krakowska drużyna po wielu perypetiach ostatecznie trafiła do rąk Towarzystwa Sportowego, które wspomniany dług, poprzez nieudolne rządy, jedynie podwyższało. Piłkarze odchodzą, nie ma pieniędzy na bieżące funkcjonowanie. Po 21 latach Biała Gwiazda wraca do punktu wyjścia.

Historia zatoczyła koło.

Krok w przepaść

FC Barcelona, RSC Anderlecht, Real Madryt, Panathinaikos AO, ponownie FC Barcelona, Levadia Tallinn. Bogusław Cupiał miał już dość. Za każdym razem bramy piłkarskiego raju zamykały się albo ze względu na pech w losowaniu, albo brak szczęścia podczas meczów, albo stronniczość arbitrów, albo fatalną dyspozycję Po aż sześciu nieudanych próbach awansu do Ligi Mistrzów, postanowił tym razem wybrać drogę na skróty. Szybszą. Łatwiejszą. Był sezon 2010/11 kiedy pod Wawel zawitało dwóch Holendrów. Posadę trenera objął Robert Maaskant, z kolei dyrektorem sportowym został Stan Valckx. Ten drugi uzyskał pełnię władzy co do zakontraktowania zawodników, których ten pierwszy miał za zadanie jak najlepiej ustawiać na boisku.

Kadra, jaką skompletowano, była gotowym produktem. Na teraz. Bez spojrzenia w przyszłość. Liczyło się tylko tu i teraz. Tym sposobem pod Wawelem znalazło się sporo piłkarzy z interesującą przeszłością – Siergei Pareiko, Osman Chavez, Kew Jaliens, Ivica Iliev, Maor Meliskon, Nourdin Boukhari, Cwetan Genkow, jednakże będących w kwiecie wieku i bez szans na zarobek.

Wystarczyło na Skonto Rygę, wystarczyło na Liteks Łowecz, prawie wystarczyło na APOEL Nikozja. Bramy piłkarskiego raju zatrzasnęły się w 87. minucie rewanżowego spotkania na Cyprze, gdy Brazylijczyk Ailton po raz drugi w meczu wpakował piłkę do bramki. „Do awansu zabrakło nam trzech minut” – będzie potem przypominać Robert Maaskant. Te 180 sekund sprawiły, że w klubie zaczęto dokładnie liczyć grosz do grosza.

Pozbyć się zawodników na wysokich kontraktach należało równie szybko, jak ich zakontraktowano. Spieniężono jedynie Maora Meliksona, reszta odchodziła za darmo z powodu braku prolongaty umów. Kurek z pieniędzmi zakręcono niemal natychmiastowo. Dlaczego? Bogusław Cupiał wydał pieniądze, których de facto nie było (awans do Ligi Mistrzów). Dobre występy w Lidze Europy, w której wiślacy zagrali wiosną w fazie pucharowej nie zrekompensowały dziury w budżecie. Rekordowo wysokie przychody nie przewyższyły rekordowo wysokich wydatków. Niemal, bowiem z przerwą na okres pracy Bogusława Basałaja, który na dzień dobry dał podwyżki wszystkim pracownikom klubu. Jego miejsce zajął Jacek Bednarz, któremu powierzono misję cięcia kosztów.

Tak drastyczny zwrot polityki prowadzenia klubu w krótkim czasie, szybko zebrał żniwa. Wisła popadała w marazm i przeciętność. Z pretendenta do tytułu mistrzowskiego do ligowego średniaka. Zamiast budować, stopniowo rozbierano. Wydarzenia z Nikozji zbiegły się z problemami Tele-Foniki – oczka w głowie Cupiała, którą traktował jak chłop ojcowiznę. Sukces sportowy zszedł na dalszy plan. Już nie wydawano bajońskich – jak na polskie realia – sum na transfery i kontrakty piłkarzy. Nowe kryterium: bierzemy tych za darmo. Maksymalnie za pół-darmo.

Wisła stała się najzwyczajniej nierentowna. Lista wierzycieli długa, podobnie jak ciąg liczb zobowiązań wobec nich. Poślizgi w wypłatach dla piłkarzy stały się wręcz normą. Właściciel co raz rzadziej interesował się wynikami drużyny. Wisła była jak porzucona przez dziecko zabawka. Sprzedaż klub wydawała się nieuniknionym krokiem, aż wreszcie w sierpniu 2016 roku biznesmen sprzedał całość akcji Jakubowi Meresińskiemu i Markowi Citce. Koniec pewnej epoki. Wspaniałej epoki, niestety bez happy endu.

Spuścizna rządów Cupiała przekracza wszelkie wyobrażenia – osiem mistrzostw Polski, dwa Puchary Polski, wygrane z takimi firmami jak Inter Mediolan, AC Parma, Schalke 04, FC Barcelona, ponad 40 reprezentantów kraju i siedem koron króla strzelców. Dorobek imponujący, a jednak wciąż pozostaje niedosyt. Liga Mistrzów. Siedem prób, siedem zakończonych fiaskiem. Niespełnione marzenie, za które słono przepłacił.

*

„Najpewniejszą drogą do kompletnego zrujnowania człowieka, który nie potrafi zajmować się pieniędzmi, jest dać mu trochę pieniędzy.” ~ George Bernard Shaw.

*

Niedoszły maturzysta

Jakub Meresi… ekhm, Jakub M. pod Wawelem nie zagościł nawet miesiąca. W tym czasie zdołał wyprowadzić z klubowej kasy 493 tysięcy złotych, przelewając wspomnianą kwotę na prywatne konto. Równie szybko wyszło na jaw, że na nowym właścicielu Wisły ciążą zarzuty w sprawie wyłudzania podatku VAT. Na dwa lata przed objęciem krakowskiego klubu, Meresiński spędził kilka miesięcy w areszcie, z którego wyszedł za wpłaceniem kaucji.

Mało? Do opinii publicznej podano informację o sfałszowanym świadectwie maturalnym Meresińskiego. Z „poważnego przedsiębiorcy i inwestora”, jak sam siebie określał, stał się zwykłym oszustem. Gdy okazało się, że nie posiada środków na prowadzenie działalności klubu, w tempie ekspresowym klub znalazł się w posiadaniu Towarzystwa Sportowego „Wisła”. TS odniósł poważny sukces odzyskując połowę skradzionych pieniędzy. Drugą część Meresiński dobrowolnie oddał. Milutko.

Każdy sobie rzepkę skrobie

Towarzystwo Sportowe „Wisła” Kraków lub – jak kto woli – Tak Się Wyprowadza Kasę – przejmując klub z rąk Jakuba Meresińskiego rzeczywiście uratowało Białą Gwiazdę przed degradacją i bankructwem. Ale tylko na chwilę. Po zaledwie dwóch i pół roku zdanie tak często wypowiadane, „uratowaliśmy Wisłę przed 4. ligą”, stanie się wzorową antytezą.

Skromnie, ale powoli, małymi kroczkami, wygrzebać klub z bagna i wyprowadzić na prostą – taki był pomysł TS-u na prowadzenie sekcji piłkarskiej. To wszystko teoria, wręcz utopia. Nowo powołany za rząd na czele z Marzeną Sarapatą i Damianem Dukatem dosyć szybko zorientował się, że klub piłkarski to doskonała okazja do szybkiego wzbogacenia się. Szkoda jedynie, że kosztem kibiców i wieloletniej tradycji.

Niespełna trzy tygodnie po objęciu przez Dukata stanowiska wiceprezesa, jego żona założyła swoją pierwszą działalność gospodarczą trudniącą się w „specjalistycznym sprzątaniu budynków i obiektów przemysłowych pod adresem… Reymonta 22. Robert Czekaj to życiowy partner Marzeny Sarapaty, który prowadzi własną drukarnię. Wspólnie wpadli na pomysł, by wydawać czasopismo poświęcone Wiśle, które – rzecz jasna – on będzie drukował.

Tymi sposobami nawet, gdy klub z miesiąca na miesiąc popadał w coraz większe długi, gdy nie było pieniędzy na wynagrodzenia dla piłkarzy i pracowników, miesiąc w miesiąc przelewy docierały na konta dwóch wspomnianych firm. Przypadek? O wypłacanych również regularnie wysokich wypłat dla dwuosobowego zarządu wspominać chyba nie trzeba.

Podczas cichutkiego opróżniania klubowej kasy krakowscy dorobkiewicze tracili rezon i poczucie rzeczywistości:

– Wspólnie z wiceprezesem Dukatem zbudowaliśmy wspaniały zespół ludzi, którym na Wiśle bardzo zależy. To nasz drugi dom. Całe nasze rodziny są w to „wmieszane” – Marzena Sarapata. Przynajmniej ten jeden raz była już prezes zdobyła się na szczerość.

– Będziemy potęgą nie tylko w Polsce, ale i w Europie – Damian Dukat. Brakuje wstawki „w wyprowadzaniu hajsu”.

Sarapata do spółki z Dukatem oślepieni wizją wielkiej i potężnej Wisły zaczęli podejmować szereg irracjonalnych decyzji. Niestety zarządzanie klubem piłkarskim to nie zabawa w Football Menagera. Tutaj druga szansa nie występuje.

Hulaj dusza, piekła nie ma

O zwolnieniu Kiko Ramireza i zatrudnieniu Joana Carillo powiedzieć, że było to ryzykownym krokiem, to nie powiedzieć nic. Drużyna pod wodzą Ramireza co prawda nie grała zapierającego dech w piersi futbolu, lecz regularnie punktowała. Biorąc pod uwagę jedynie okres jego pobytu w Krakowie, Wisła plasowała się na piątym miejscu w Ekstraklasie.

Wynik ten jednak nie satysfakcjonował w pełni włodarzy klubu, którzy wykorzystali nadarzający się moment do pogonienia sympatycznego Kiko spod adresu Reymonta 22. Po kilku słabszych spotkaniach, jego miejsce zastąpił wspomniany Carillo. Hiszpańskiego szkoleniowca reklamowano jako wspaniałego fachowca. Jego zatrudnienie miało być kolejnym krokiem w rozwoju klubu.

Jak pokazał czas, ruch ten był kompletnym niewypałem. Nowy trener nie potrafił odnaleźć nici porozumienia z szatnią, co w oczywisty sposób odbiło się na wynikach. Wisła grała – mówiąc kolokwialnie – średnio na jeża, choć do ostatniej kolejki walczyła o miejsce premiowane grą w eliminacjach do Ligi Europy. Ostatecznie ta sztuka się nie udała, a klub popadał w co raz większą ruinę.

Poza oczywistym fiaskiem zatrudnienia Carillo (piłkarskim), jest drugi mniej oczywisty (finansowy). Licząc wraz z sztabem szkoleniowym, Ramirez kosztował Wisłę 90 tys. złotych w skali miesiąca. Carillo i jego współpracownicy to aż 160 tys. złotych. Biała Gwiazda wypłaci do tego jeszcze 10 (!) pensji Kiko Ramirezowi, nim w październiku ubiegłego roku podpisze ugodę. Lekko licząc, miesięcznie na wynagrodzenie samych trenerów z klubowej kasy trzeba było przeznaczać ćwierć miliona złotych (bagatela!). Dla porównania – tyle samo wydaje Lech Poznań na Adama Nawałkę i jego sztab.

Dorzucając do tego przegrane procesy z Dariuszem Wdowczykiem oraz dwoma byłymi piłkarzami, Marko Jovanoviciem i Milanem Jovaniciem, uzyskamy pełen obraz katastrofy finansowej. Dopiero wraz z końcem ubiegłego sezonu władze klubu zrozumiały powagę sytuacji, w jakiej się znaleźli. Zaniechano kolejnych eksperymentów związanych ze szkoleniowcami i postawiono na ryzykowną, lecz nieporównywalnie tańszą opcję – Macieja Stolarczyka. Automatycznie nasuwa się pytanie, dlaczego tak późno?

Gdy w lutym ubiegłego roku Manuel Junco został mianowany dyrektorem sportowym Wisły, otrzymał dużą swobodą w kwestii prowadzenia polityki transferowej klubu. Za dużą. Hiszpan dwukrotnie przekroczył budżet, a w szczytowym momencie kadra zespołu liczyła ponad trzydziestu zawodników. Skutkiem nieroztropnego budowania drużyny były pensje piłkarzy, które osiągnęły skromne 15 milionów rocznie. W ponad stuletniej historii Wisły tylko raz łączne wynagrodzenie zawodników było wyższe – rok 2013 i pokłosie mistrzowskiej ekipy Stana Valckxa i Roberta Maaskanta.

Wtedy jednak właścicielem Bogusław Cupiał, a głównym sponsorem prowadzona przez niego Tele-Fonika, która wpłacała nawet 8 milionów złotych na rok do kasy klubowej. Tymczasem Marzena Sarapata podpisała, mówiąc wprost, niekorzystną dla Białej Gwiazdy umowę sponsorską z firmą LV BET. Zakłady bukmacherskie przelewają jedynie 1,2 miliona rocznie.

„Współpraca była tak dobra, że nie mogliśmy zwlekać z jej odnową.” – zapewniała prezes podczas konferencji prasowej z okazji przedłużenia współpracy z LV BET. Próba zaklinania rzeczywistości czy świadome kłamstwo? Brak sponsora z prawdziwego zdarzenia szybko zdąży odbić się dla Wisły czkawką.

W tym samym czasie Sarapata nawiązała kontakt z Paulem Bragielem, amerykańskim biznesmenie o polskich korzeniach. Bragiel w dzieciństwie mieszkał kilka lat w Krakowie i, jak sam przyznawał, kibicował Wiśle od małego. Zamysł więc był prosty – przekonać go do wykupu mniejszościowego pakietu udziałów klubu. Negocjacje szły w dobrym kierunku, doszło nawet do spotkania z prezydentem miasta Jackiem Majchrowskim. Szły, ale nie doszły. Koniec końców mniejszościowym inwestorem nie został, a pieniądze jakie miał wyłożyć na funkcjonowanie zespołu nigdy się nie pojawiły.

Choć sprawa spełzła na niczym, Sarapata przekonywała, że wciąż pozostaje w kontakcie z Bragielem. Niedługo potem za pokaźną kwotę 10 milionów wytransferowano Petra Brleka do włoskiej Genoi. Transakcja ta zbiegła się w czasie ze świetną formą Carlitosa. Wierzono, że hiszpańskiego napastnika uda się sprzedać za podobną sumę, jak i również w pomyślne zakończenie negocjacji dotyczących inwestora.

Dwuosobowy zarząd Wisły, Marzena Sarapata i Damian Dukat, przyznali sobie spore premie (jak gdyby ich łączny zarobek opiewający na skromne 910 tys. nie był wystarczający). Postanowiono wydać pieniądze, których de facto nie było i – co pokaże przyszłość – nie będzie. Bragiel na dobre wybije sobie z głowy interesy z gangsterskim półświatkiem, a zamiast dziesięciu milionów za transfer Carlitosa, pojawiły się niecałe dwa.

Skrajna megalomania, chęć nawiązania do czasów mlekiem i miodem płynących, emocjonalne podejście do zarządzania klubem, brak podstawowej wiedzy o gospodarowaniu pieniędzmi… Zresztą, rządy Towarzystwa Sportowego najlepiej podsumowują suche fakty:

Konflikt z miastem odnośnie użytkowania stadionu, który gdyby nie interwencja Ekstraklasy i miasta Kraków, mógł się skończyć znacznie poważniej niż mniejszy dochód z dni meczowych.

Piłkarze przez całą rundę, poza małymi wyjątkami, nie otrzymali ani złotówki na swoje konta. Okrągłe zero. Doszło nawet do tego, że kibice poruszeni ich grą za darmo, zrzucili się, zbierając grubo ponad 100 tys. złotych, by wynagrodzić swoim ulubieńcom ten czas poświęceń.

Desperackie poszukiwania inwestora na za pięć dwunasta, by uchronić klub przed najgorszym. Przelew, których miał być, a go nie ma.

O rosnących w zastraszającym tempie zadłużeniach wspominać nie trzeba. W końcu to nieładnie kopać leżącego.

Historia upadku Wisły Kraków jest bolesna i zarazem pouczająca. Wracając do tytułowego pytania, tak – Biała Gwiazda to coś więcej niż dawny blask i chwała. To przede wszystkim kibice* (*nie mylić z kibolami) u ludzie dobrej woli jak Rafała Wisłocki, Jarosław Królewski, Tomasz Jażdżyński, Bogusław Leśnodorski, czy w końcu Jakub Błaszczykowski. Bez nich krakowski klub już dawno przestałby istnieć. Nowe rozdanie trwa w najlepsze. Oby jak najdłużej. Bo silna Wisła, to silna cała liga.

Jan Broda

Redakcja Sports Expression

Read Previous

Maliszewska nie zawiodła i wraca ze złotem

Read Next

Wisła ma kim grać na wiosnę. Udany występ młodych piłkarzy w sparingu z Wisłą Sandomierz

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *