Wisła to był piękny okres w moim życiu

Mieliśmy niezmierną przyjemność rozmawiać z wielką postacią polskiej piłki nożnej, a zarazem ciekawym człowiekiem, udzielającym się w wielu dziedzinach życia. Zapraszamy do zapoznania się z Radosławem Majdanem!

Skoro jesteśmy w Krakowie, i, jak wiadomo, reprezentował pan barwy Wisły Kraków, chcieliśmy zapytać – jak pan wspomina tamte czasy?

To był dla mnie bardzo udany okres pod względem sportowym. Mieliśmy wtedy fantastyczną drużynę i trenerów. Mam tu na myśli głównie Henryka Kasperczaka. Ubolewałem trochę nad decyzją o rozstaniu się z nim, uważam że losy naszej drużyny mogłyby potoczyć się trochę inaczej, gdyby dostał więcej czasu.

Generalnie – w praktycznie każdym aspekcie – czy to jeśli chodzi o sytuację w szatni, atmosferę na trybunach, czy wyniki, to był dla to dla mnie bardzo sympatyczny czas. Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w meczu byłych zawodników Wisły z obecnymi i, tak jak przy każdym powrocie do Krakowa, te przyjemne wspomnienia powróciły.

Niejednokrotnie reprezentował pan barwy Wisły w pucharach europejskich, w spotkaniach z takimi firmami jak Real, czy chociażby Panathinaikos. Jak to jest stanąć oko w oko z takim gwiazdami jak Ronaldo, Figo czy Raul?

Takie mecze zawsze naturalnie wywołują dodatkowe emocje, trenerzy nie muszą dodatkowo mobilizować swoich piłkarzy. Kiedy siedzieliśmy w szatni na odprawie taktycznej i analizowaliśmy takich rywali jak właśnie ci pierwsi Galacticos, pojawiały się chwile zwątpienia, bo okazywało się że nie właściwie nie mają żadnych słabych punktów. Jednak kiedy już wychodziliśmy na boisko, kompletnie o tym zapominaliśmy. Oczywiście, szacunek do wielkiej klasy przeciwników pozostawał, ale nie czuliśmy że są oni jakimiś nadludźmi, postaciami z innej planety. W Krakowie zagraliśmy z Realem bardzo dobry mecz, i przy lepszej skuteczności kto wie jak by się to skończyło. Inna sprawa że w Madrycie nie istnieliśmy na boisku i spokojnie mogliśmy przegrać nawet i 10:1. Natomiast warto pamiętać, że takie wizyty europejskich potęg są świetną nauką, dają wiarę we własne umiejętności, bądź też odwrotnie – uczą pokory, ale zawsze można coś z nich wyciągnąć.

W czasach kiedy bronił pan barw Wisły, sami byliście trochę takimi polskimi Galacticos. Zgodzi się pan z tą opinią?

Tak nas czasem nazywali. Na pewno budziliśmy pewien respekt na krajowym podwórku. Pamiętam taki mecz – graliśmy z GKS-em Katowice na Reymonta. Gra się nam nie układała, ale do 85-tej minuty prowadziliśmy 1:0. Gieksa była cały czas cofnięta. Nagle w 80-tej minucie podbiega do ławki zawodnik i pyta – „trenerze, atakujemy?”. Na co trener gości – „jeszcze nie, spokojnie” (śmiech). I dopiero właśnie koło 85-tej ruszyli do ataku. Często rywale taką bojaźnią przegrywali mecze na własne życzenie.

Z drugiej strony zazwyczaj potrafiliśmy udowodnić naszą wyższość na boisku. Nawet jak nie szło, to mieliśmy przecież w swoich szeregach Tomka Frankowskiego, który do strzelenia dwóch bramek potrzebował jednej sytuacji. Graliśmy naprawdę fajną piłkę i dopiero Dan Petrescu chciał pójść w taki bardziej angielski, fizyczny futbol. Myślę, że on też mógł dołożyć swoją cegiełkę do historii Wisły, gdyby nie miał do nas takich uprzedzeń. Nie wiem kto i co mu ktoś o nas naopowiadał, ale miał nas za takie primadonny, co absolutnie nie było prawdą, bo wszyscy zawsze na treningach bardzo ciężko pracowaliśmy.

Mój brat wspominał jak trenował za juniora w Wiśle, że pamięta pana, całą drużynę i trenera i Petrescu, i mówił że juniorzy stali tylko i nie dowierzali że można tak ciężko trenować, a potem w weekend jeszcze grać. To na pewno ma swoje odzwierciedlenie, jeśli człowiek haruje cały tydzień, a później…

…a później wychodzi na mecz jak za karę, a nie w nagrodę. Dokładnie. Mnie kontuzje akurat raczej omijały przez całą karierę, natomiast dwa razy zrywałem sobie mięsień, raz dwugłowy, raz czterogłowy, właśnie za kadencji trenera Petrescu. Żeby było śmieszniej dwugłowy zerwałem sobie na startach. Byłem już wtedy trzydziestoparoletnim bramkarzem. Oczywiście, zawsze starałem się dawać z siebie wszystko na treningach, ale pewne rzeczy trzeba racjonalizować, a tam chyba trochę tego zabrakło. Uwierzcie mi, że w Anglii czy Hiszpanii robią formę nie poprzez zabójcze treningi, a głównie na meczach. Co prawda u nas o tyle jest z tym problem, że gra się stosunkowo mało spotkań, poza tym piłkarze zaczynają coraz wcześniej wyjeżdżać, przez co obniża się poziom. Jest to też kolejny powód dla którego uważam, że już nie będzie tak dobrej drużyny w Polsce jak Wisła Kasperczaka.

Jeszcze pozwolę sobie wrócić – atmosfera na Santiago Bernabeu spełniła oczekiwania?

Szczerze mówiąc, trochę mnie rozczarowała. Trzeba pamiętać, że tam ludzie na stadion przychodzą jak do teatru. Graliśmy przy komplecie, bo to był pierwszy mecz sezonu, ale te 80 tysięcy naprawdę robiło dużo mniejsze wrażenie niż nasze kilkanaście tysięcy w Krakowie.

Co innego Panathinaikos. Tam faktycznie – na 70 tysięcy ludzi – 60 to byli kibice i robili kapitalną atmosferę.

Jak wyglądała atmosfera w drużynie? Czy na przykład pana nadana przez media ksywa – „polski Beckham”, była obiektem docinków?

Akurat tego koledzy może nie wyśmiewali, ale w szatni robiliśmy sobie mnóstwo różnych żartów. Co było fajne w Wiśle – zawsze się lubiliśmy i szanowaliśmy nawzajem, jak trzeba było, to byliśmy skoncentrowani, i nawet na treningach walczyliśmy na śmierć i życie, ale ogólnie atmosfera była świetna, bardzo zabawna. Jeżeli Marcin Baszczyński przychodził w płaszczu przypominającym sutannę, to na następny dzień zastawał przy swojej szafce kartonowy konfesjonał. Jeżeli uznaliśmy, że buty Maćka Stolarczyka nadają się na motocykl, to robiliśmy mu motocykl z rowerka treningowego. Długo by jeszcze wymieniać, ale tak jak powiedziałem, był czas na żarty i był na poważne rozmowy. Najbardziej grobowa atmosfera w szatni była chyba po meczu z Panathinaikosem w Atenach. Zresztą właśnie to spotkanie i przegrane mistrzostwo z Pogonią to dwie rzeczy, których najbardziej żałuję w mojej karierze. Wielokrotnie później nawiedzały mnie po nocach.

Czy ma pan jakieś może wskazówki, lub słowa motywacji dla zawodników-amatorów?

Przede wszystkim należy czerpać z tego przyjemność, ale też przykładać się do tego, wierzyć że możemy przeżyć taką bajkę, jak ta Vardy’ego. Piłka nożna jest taką dziedziną życia, że można coś z niej wynieść nawet jeśli nigdy nie zagramy na profesjonalnym poziomie, pozwala nabrać dystansu do świata.

Na zakończenie – czy brakuje jeszcze panu, po tym całkiem już długim czasie, który upłynął od pana decyzji o zakończeniu kariery, codziennych treningów i cotygodniowych spotkań?

Treningów może nie, bo w pewnym momencie człowiek zaczyna mieć tego dosyć, ale emocji związanych z piłką na pewno. Brakuje mi spełniania swojej pasji na co dzień. Zawsze obawiałem, że po zakończeniu kariery moje życie straci sens,  i po części była to prawda, ale z drugiej strony ja jestem też takim człowiekiem, że wszędzie mnie pełno, mam swoje biznesy i inne zajęcia, i myślę że w pewien sposób udało mi się uzupełnić tą lukę.

Dziękujemy bardzo za wywiad.

Również dziękuję.

Alan Rudek, Patryk Rauczyński

fot. eska.pl

Szymon Wantulok

Read Previous

Biała Gwiazda bez szans?

Read Next

Kulturystyka – sport dla każdego?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *