Jak pachnie Playarena?

Ostatnio natknąłem się na świetny felieton Przemysława Rudzkiego, w którym rozprawiał on o przeróżnych piłkarskich zapachach. Świeżo skoszona trawa, powietrze po burzy lub ciężkiej ulewie, czy też stadionowy grill z kiełbaskami pana Władka. Każde rozgrywki piłkarskie, każdy stadion czy boisko pachnie inaczej. Od dłuższego już czasu moją ulubioną piłkarską wonią jest woń Playareny.

Pojęcie „piłkarskiego zapachu” jest w mojej opinii wieloznaczeniowe. Zapachem piłki mogą być faktyczne zapachy, ale też wszystko to, co kojarzy nam się z grą. Może to być piękna, słoneczna pogoda, przyjemna dla oka techniczna gra, czy też po prostu spotkanie z kumplami. Dosłownie wszystko.

Piłkę pokochałem w wieku bodajże dziewięciu lat, czyli całkiem późno. Pewnie większość czytających ten tekst piłkarską przygodę zaczynała jako kilkuletni szkrab, a założę się, że są i tacy, którzy kopali futbolówkę zanim porządnie nauczyli się biegać. Mimo opóźnionego rozkwitu (a może właśnie z tego powodu), przeżywałem to zauroczenie podobnie jak moi koledzy. Graliśmy w każdej wolnej chwili, każda kępka trawy mogła być boiskiem, a gazeta czy butelka – piłką. Pamiętam takie wakacje, chyba między czwartą a piątą klasą, że codziennie, od 10 do 10 byliśmy z kumplami na polu. Nawet kiedy było nas tylko trzech, to znajdowaliśmy sobie zajęcie. Potrafiliśmy przez cały boży dzień grać w „jedno podanie”. 12 godzin z rzędu. Bez jedzenia i odpoczynku. Teraz jak o tym piszę, to samemu ciężko mi w to uwierzyć, ale – tak właśnie było.

Ale jak to w życiu zwykle bywa – wszystko co dobre szybko się kończy. Nasza piłkarska sielanka zakończyła się wraz z końcem podstawówki. Porozchodziliśmy się po Krakowie i okolicach, mieliśmy różne plany dnia i nowych znajomych. Brakowało czasu, a niestety często i chęci, na grę z kolegami z osiedla.

Po jakimś czasie jednak coś znowu zaczęło nas ciągnąć na betonowy placyk przed odrapanym gmachem podstawówki. Większość z nas pokończyła wielkie kariery w siódmych, ósmych czy dziewiątych ligach mistrzów, a głód piłki pozostał. Niestety, zebranie paczki wystarczającej na ukochane przez wszystkich „granie w mecza” graniczyło z cudem i znowu musieliśmy ograniczać się do „jednego podania” czy gry na jedną bramkę.

Tak było do czasu, aż pewnego niezwykle zwyczajnego, niezwykle szarego dnia, jeden z nas dokonał absolutnie niezwykłego odkrycia. Okazało się, że w Krakowie istnieją zupełnie darmowe rozgrywki ligowe, w których nie potrzeba trenera czy kilkunastoosobowej kadry. Wystarczy skrzyknąć siedmiu, ośmiu kolegów i można bez przeszkód grać. To było dla nas jak zbawienie. Szybko skompletowaliśmy ekipę i bez zbędnych ceregieli graliśmy, graliśmy, graliśmy! I to z zachowaniem wszystkich prawideł dziecięcego futbolu. Nie mieliśmy bramkarza, i chociaż nie wykorzystywaliśmy naszych bardziej okrągłych kolegów zasadą „gruby na bramkę”, to sprawę załatwialiśmy równie dziecinnym „kto zrobi najmniej kapek, stoi”. Kłóciliśmy się kto będzie stał z tyłu, a kto strzelał gole. Obrażaliśmy się na siebie, po czym parę sekund później po udanej akcji godziliśmy. Nade wszystko mieliśmy w końcu możliwość pograć ze starymi kumplami, w dodatku zawsze w jednej drużynie.

I chociaż z różnych powodów nie gramy już razem, pozostały nam piękne wspomnienia. I żeby nie było – naprawdę sporo zespołów w Playarenie zostało zbudowanych w ten sposób. Nie tak dawno czytałem nawet o pewnej łódzkiej ekipie, która swego czasu była jedną z najlepszych w Polsce, a która składała się z chłopaków nie tyle z jednej szkoły czy osiedla, ale z jednej ulicy! Po skończeniu tego tekstu potrafię w końcu odpowiedzieć sobie na tytularne pytanie. Moim zdaniem Playarena przesiąkła na wskroś najwspanialszym znanym mi zapachem – zapachem dzieciństwa.

Patryk Rauczyński

Szymon Wantulok

Read Previous

Obalić stereotyp

Read Next

Bohemians — Kangury z Pragi

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *