Bestia znów rozszarpała. Reszta zbierała okruchy

„Giga giganci zawsze mają czas. Kawałek dam Ci, co ze stołu spadł” – śpiewał zespół Lady Pank w jednym ze swoich wielkich przebojów. Jaki kawałek żużlowej radości i tego wielkiego, pysznego tortu, przypadł w tym roku rywalom leszczyńskiej Unii? Odpowiadam, bardzo mały. Właściwie to tylko okruchy.

W ubiegłym tygodniu nie chciałem odbierać Sparcie Wrocław szans. Podskórnie czułem jednak, że wygrana na „Smoczyku” w Lesznie to jak lot na Księżyc. Kiedyś się udało, ale nadal to raczej bardzo trudna misja. W najgorszym scenariuszu nie sądziłem natomiast, że rewanżowy pojedynek finałowy rozstrzygnie się już właściwie po dwóch seriach. Leszno zmiotło Wrocław w stosunku 59:31. W podobnych rozmiarach zakończyło się spotkanie tych drużyn w czternastej kolejce tego sezonu, kiedy Sparta na własnych śmiechach przegrała do 35. W finale było jeszcze gorzej, z tą różnicą, że na wyjeździe. Ale, to był finał. Liczyłem na bardziej wyrównany bój.

Miazga? Pogrom? Deklasacja? Dobierzcie sobie jakikolwiek zestaw słów chcecie. Unia Leszno wygrała ligę trzeci raz z rzędu. Nie miała sobie właściwie równych. Przegrała jedno spotkanie z gorzowską Stalą i zremisowała jeden mecz w Grudziądzu. Tyle. Więcej strat punktów nie było. Sześć „oczek” przewagi po rundzie zasadniczej nad wrocławianami i deklasacja tej drużyny w dwumeczu finałowym.

Żużlowy hat-trick w lidze nie wydarzył się bardzo dawno. Ostatnio w latach 90., dokładnie 24 lata temu, kiedy trzeci tytuł z rzędu wygrywała Sparta Wrocław. Unia Leszno, jako klub z wielką historią i wieloma tytułami, doskonale zna takie serie. Właściwie od początku rozgrywek o mistrzostwo Polski na żużlu, panowały „Byki”. W 1949 roku Unia zdobyła pierwszy tytuł, rozpoczynając serię sześciu triumfów z rzędu. A blisko było już rok wcześniej podczas inauguracyjnych rozgrywek o tytuł DMP, ale wtedy lepsza okazała się drużyna nieistniejącego już klubu PKM Warszawa.

Leszczynianie lubili wygrywać seryjnie. Dublet osiągnęli w latach 1979-80, kilka lat później skompletowali hat-trick. Lata 90. i sam początek 21 wieku to lekka zadyszka i brak tytułów. Później były pojedyncze triumfy w latach 2007, 2010 i 2015. Gdyby nie wygrana Stali Gorzów w roku 2016, od 5 lat Leszno nie schodziłoby z tronu. Tamten rok był mocno kryzysowy. Nie zmienia to jednak rzeczywistości. Unia Leszno panuje, mając już 17 złotych krążków. Na stronie Leszczynian przeczytacie, że tytułów jest 18. Jest to poniekąd prawda, chociaż oficjalnie mistrzostwo Unii z roku 1984 zostało anulowane. Głowna Komisja Sportu Żużlowego uznała wówczas, że leszczynianie pojechali w sposób niesportowy ostatnie 4 wyścigi w Rzeszowie, mając rzekomo je odpuścić, tak by Stal utrzymała się w lidze.

Tyle o przeszłości i współczesności. Mistrzowie Polski już zapewne zaczynają myśleć, co w przyszłym roku. Prezes Józef Dworakowski deklaruje, że chce pozostawić skład niezmiennym. Być może uda się pozostawić obecnych zawodników, ale kosmetyczne zmiany są nieuniknione. Jeśli klub chce zatrzymać Bartosza Smektałę, który kończy wiek juniora, będzie musiał zrobić jedno miejsce w zestawieniu seniorskim. Kosztem Brady’ego Kurtza? Ależ by to wtedy była drużyna. Sami Polacy i Emil Sajfutdinow, który umówmy się, taki swojak bardziej niż obcy. Po obecnym sezonie na Rosjanina będą mieli jednak pewnie chrapkę w wielu ośrodkach. Znakomity sezon, w dodatku zwieńczony podium w Grand Prix (tutaj mamy nadzieję, że jednak mistrzem nie zostanie. Przepraszam Emil, sercem jesteśmy za Bartkiem). Czy w Lesznie nastąpi rewolucja, czy może faktycznie tylko jedna kosmetyczna zmiana? Na odpowiedzi trzeba jeszcze chwilkę poczekać. Jedno jest pewne, tak mądrze zarządzanego klubu w Polsce nie było dawno. Są efekty?

„Dam Ci kawałek siebie, nie pytaj jak i skąd. I odrobinę tlenu, giganci tacy są…(…).” – czy Unia dała kawałek siebie? Nie. Czy trochę tlenu? Tlenu nie było. Zdusiła w zarodku rywali, zdominowała ligę. Czy ktoś do tego żużlowego chleba dobierze się w przyszłym roku? Trudno ocenić. W obecnych rozgrywkach miał to być silny na papierze Falubaz Zielona Góra. Skończyli na czwartym miejscu bez medalu. Więc jak, są jacyś chętni, żeby złapać tego byka za rogi? Radzę uważać, to już nie jest byk. To rozpędzona bestia. „Wielka bestia pielęgnuje zęby im”.

Amadeusz Bielatowicz

Read Previous

Przebudowana drużyna AZS AGH Kraków rozpoczęła kolejny sezon w siatkarskiej 1. lidze

Read Next

Finał Tauron SEC Chorzów 2019

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *